Widi Azry, Taoujdad
Jednym z głównych celów wyjazdu do Taghii było skalne arcydzieło Pioli, na które zjeżdżają wspinacze z całego świata i które przejściem free-solo rozsławił Alex Honnold - droga Les Rivieres Pourpres (7b+ 500m). Niestety po dwóch dniach wspinania okazuje się, że partner nie jest w pełnej dyspozycji po chorobie, a mi odnowiła się kontuzja barku. Nie mając szans na przejście klasyczne tak dużej liczby trudnych (dla nas) wyciągów, obniżamy poprzeczkę ale zostajemy na efektownej północnej ścianie Taoujdad - wybieramy sąsiednią Widi Azry (7a/7a+ 500m FL). Droga jest również mocno polecana, dodatkowo informacje od innych wspinaczy i skorygowane w bazie topo potwierdzają się - wyceny na każdym wyciągu są zaniżone, będzie więc chcieliśmy - pięknie i intensywnie 😊.
Po malowniczym podejściu dnem kanionu stajemy pod ścianą i zadzieramy głowy do góry – przewieszona w dolnej części zerwa pocięta okapami przypomina mi wschodnią Młynarczyka, jest jednak szersza i wyższa. Zerkamy z zazdrością na walijskich kolegów zmagających się już od świtu z Purpurowymi Rzekami i podchodzimy pod start naszej drogi – wyznacza go charakterystyczne gładkie zacięcie i napis WA na skale. Chwilę zastanawiamy się jeszcze czy nie iść na coś krótszego bo prognozy straszą możliwym popołudniowym opadem. Finalnie jednak podejmujemy rękawice stwierdzając, że jeżeli uda pokonać się 8 wyciągów z trudnościami to górę przejdziemy na mokro lub zjedziemy – później dowiemy się, że skończyłoby się na drugiej opcji bo na górze nadal łatwo nie jest 😉.
Wspinanie zaczynamy od wspomnianego zacięcia rodem z Tatr – w topo 6a+, już wiemy jednak by nastawić się na nieco więcej. Bartek sprawnie radzi z technicznym odcinkiem, po którym pozostaje jeszcze całkiem sporo wspinania – na drodze każdy wyciąg ma zresztą najczęściej 40-45 metrów, co daje się później we znaki. Drugi odcinek (ok. 6c+) to siłowe wspinanie przez kolejne uskoki i lawirowanie między tufami rodem z Sycylii – brak dogrzania i mokra miejscami skała powoduje, że kolega w kilku miejscach walczy i dociera do stanowiska „wyzerowany”, czego konsekwencją będzie konieczność prowadzenia przeze mnie wszystkich wyciągów z trudnościami.
Na pierwszy rzut idzie odcinek wyceniany gdzieniegdzie na 7a+ - wg mnie 7a byłoby bardziej wskazane, oryginalne 6c+ to trochę za mało. Zaczynamy od solidnego dachu – chwyty są dobre ale na wyjściu trzeba dobrze balansować by nie dać się wyrzucić w powietrze. Na szczęście powyżej jest dobra półka i dochodząc do siebie spędzam na niej dobre 10 minut, dalej będzie bowiem ciekawie. Po odcinku za ok. 6b czeka bowiem wymagający bulder ze sporym wyjściem nad spita – wracam się chyba z trzy razy zanim wreszcie wybieram nieoczywiste rozwiązanie. Tym razem to ja docieram wyczerpany do stanu – pocieszam się jednak, że powyżej czekają techniczne wyciągi 6c i 6b, dużo siły nie będzie więc konieczne. Oba okazują się bardzo ładne – pierwszy to balansowanie między przewieszkami w pięknej pomarańczowej skale, drugi to połogie płyty.
Szósty odcinek choć w topo ma 6c, może zasługiwać na 7a jakie jest mu przypisywane. Bartek postanawia spróbować i idzie mu dobrze aż do cruxa, gdzie niestety nie daje rady ustać na małych stopniach. Co gorsza nie rozpracowuje kluczowego fragmentu, przez co idąc fleszem pakuję się nie tam gdzie trzeba i nie spadam tylko jakimś cudem. Coraz gorszy stan barku i skurcze w ręce powodują jednak, że nie dam rady zginać lewej ręki, a następny wyciąg wg topo jest kluczowy (7a/7a+), do tego znowu ma ponad 40 metrów. Po pokonaniu pierwszej wymagającej ściany czeka na szczęście taras, gdzie można odpocząć – a warto bo chyba najtrudniejszy bulder czeka pod sam koniec. Tutaj skała podobnie jak na poprzednim wyciągu jest już szara, a wspinanie przypomina to rodem z Paklenicy. Udaje się w pierwszej próbie i całe szczęście bo byłoby ciężko o powtórkę, a kolega w cruxie musi wspomóc się azerowaniem. Na pocieszenie czeka go prowadzenie dalszej części drogi – z pięknym i wymagającym (6c) odcinkiem na początek. Po bulderowym starcie przez okapik wchodzimy do pięknego zacięcia z dilferkiem i kontynuujemy płytą w lewo.
Tutaj główne trudności się kończą i w razie konieczności można zjechać wzdłuż linii pokonanej drogi – po kolejnym odcinku będzie to bowiem utrudnione, gdyż po kawałku w pionie (V+) czeka nas 20 metrowy trawers w lewo pod górne spiętrzenie. Z kolejnego stanowiska odchodzą dwie linie spitów – te w prawo to nowa droga, my idziemy skośnie w lewo techniczną płytą (6c) w ostrej tutaj niczym tarka pomarańczowej skale i po minięciu okapu wracamy w prawo na filarek, kontynuując aż do przełamania. Wyciąg 11-ty (6b) to przyjemne kilkanaście metrów w zacięcie i trikowe wyjście z niego, na dodatek ze sporym run-outem. Kolega kontynuuje jednak dobrą passę i do końca drogi pozostaje nam formalność – krótka ścianka z ostrymi chwytami (6a) i łatwe wyjście ze ściany.
Podsumowując, choć wzrok uciekał w prawo do jeszcze piękniejszej linii w różowej skale, finalnie kończymy bardzo zadowoleni z wyboru – nie dość że wspinanie było świetne, to jeszcze akurat na limicie naszych dzisiejszych możliwości i zdrowia. Także dołączam się do grona wielu wspinaczy chwalących urodę drogi i polecam się na nią wybrać!





















