02/05/2018Tagi: Alpy,Paklenica - Chorwacja,Wspinanie górskie lato,

Velebitaski, Anica Kuk (wycof)

Drugiego dnia pobytu w Paklenicy wybieramy się ponownie pod ścianę Anicy Kuk, z zamiarem przejścia drugiego klasyka regionu, będącego zarazem częścią Trylogii Paklenickiej – drogi Velebitaski (6a+). Po drodze wyprzedzamy zespół udający się na tą samą drogę, na miejscu jednak okazuje się, że przed nami wspina się już trójkowy zespół, a w kolejce czeka jeszcze dwójka – wszyscy to Polacy :) Jest wcześnie, a dzień jest długi więc mimo wszystko jesteśmy dobrej myśli, zamiast planowanych 5 godzin wspinania obstawiam pesymistycznie około 8. Niestety okazało się, że było gorzej…

Ponownie wiążę się z Ryśkiem, a Ela z Grześkiem – nasz zespół idzie pierwszy, ruszam na prowadzenie. Pierwszy wyciąg wygląda z dołu dość niewinnie, ma też niewysoką wycenę (5b) – okazuje się to zwodnicze bo jest nie tylko bardzo ładny ale przez 30 metrów trzyma i trzeba się momentami mocno trzymać ;)

Ściągam Ryśka i ruszam ochoczo na kolejny (łatwy) odcinek, po czym… zatrzymuję się 10 metrów wyżej bo na kolejnym stanowisku są oba zespoły idące przed nami. Nie zapowiada to nic dobrego, przez chwilę więc zastanawiamy się czy nie zjechać i nie iść na coś innego. Trudno nam jednak odpuścić tą drogę wiec postanawiamy zaryzykować. Czekamy ponad godzinę i z niepokojem obserwujemy ruchy dwóch dziewczyn ściąganych na kolejne stanowisko przez ich kolegę – wyciąg 4c w kominie, a one już nie dają rady (WTF?). A za nimi jeszcze dwójka (sprawniejsza na szczęście)…

W końcu idę dalej i bardzo szybko przechodzę za jednym razem 1,5 wyciągu – nic mi to jednak nie daje bo czeka nas kolejny postój. Tym razem na wielkiej półce więc po chwili dochodzą Ela z Grześkiem i możemy sobie uciąć godzinną pogawędkę. Dalej rusza Rysiek – wychodzi na turnicę 10 metrów wyżej i… staje bo na kolejnym stanie znów tłok! Pół godziny później schodzi (kilka metrów wspinania w dół) do stanu i mnie ściąga. Dochodzi zespół numer 2 i znów postój, zaczyna nas trafiać szlag i coraz częściej przewija się temat odwrotu.

Po kolejnych długich minutach i obserwowaniu męczarni dziewczyn na wyciągu 5c nad nami wychodzimy wyżej (ładny komin na drugą turnię). Mija kolejna godzina, podchodzimy kolejne 10 metrów na stanowisko pośrednie (ciekawe przewinięcie), skąd widać kluczowy wyciąg 6a+ (7-). Zespołowi przed nami się poszczęściło, niezdarna ekipa puszcza ich przodem, dzięki czemu będą mogli skończyć drogę. Najtrudniejszy odcinek wygląda bardzo ładnie, prowadzący z dwójkowego zespołu daje radę, jego koleżanka musi już ładować po ekspresach.

Mamy poważne obawy co zrobi nieporadny trójkowy zespół za nimi. Chłopak zaczyna prowadzenie, po chwili bierze blok i zaczyna narzekać. Dziewczyny są dużo słabsze więc już wiemy – o ile nie odpuszczą, będą tu długo wisieć. Rysiek rusza do nich brakujące metry (5b) na stanowisko i zagaduje - niestety mimo, iż droga ewidentnie tą trójkę przerosła, nie zamierzają odpuszczać i tylko nas przepraszają, że jakoś tak wyszło.

Jest prawie 16, za nami po 9 godzinach 5 wyciągów, 6 przed nami i na dodatek zablokowane – odwlekaliśmy jedyną słuszną decyzję długo ale w końcu ją podejmujemy – ściągamy Ryśka i zjeżdżamy pod ścianę ☹ Przykro takie coś zaakceptować bo nie pokonały nas ani trudności, ani pogoda, a brak umiejętności innych ludzi i ich lekkomyślność. No cóż, niejedni ostrzegali przed takimi zdarzeniami na klasykach w Paklenicy i mieli rację. Wracamy rozczarowani do bazy, gdzie odwiedzają nas znajomi z campu, więc jest okazja do poprawy humoru :)