Lobby instruktorskie i Kajka, Kościelec
Podobnie jak w zeszłym roku, w połowie października w Tatrach zrobiła się piękna i bezdeszczowa jesień. Tym razem jednak weekend jest bardzo wietrzny, wybieramy więc niską, zachodnią ścianę Kościelca i liczymy na Słońce. To niestety postanawia cały dzień chować się za chmurami, przez co temperatura odczuwalna jest bardzo niska. Pod ścianą stawiamy się w cztery osoby – ja z Anią oraz Michał z Szymonem. Od razu optymistycznie postanawiamy rozpocząć od Lobby Instruktorskiego (VII-, pierwotnie VII+), mimo iż palce nawet bez dotykania skały są zdrętwiałe z zimna. Trzy z czterech wyciągów robiłem już kilka lat temu (RELACJA), dlatego też nadeszła pora by skończyć tą bardzo popularną, ubezpieczoną prawie w całości ringami drogę.
Nasz zespół rusza jako pierwszy, początkowy wyciąg (przyjemne V/V+) przechodzę głównie na nogach, palce u dłoni przypominają bowiem drewniane kołki 😉. Na drugim wyciągu (V-) nie ma ringów, mniej więcej w połowie jest hak. Po wejściu do zacięcia można założyć średniego frienda – na drogę warto zresztą zabrać ze sobą 2-3 sztuki, przydadzą się na ostatnie 30 metrów czwartego wyciągu. Trzeci wyciąg to bardzo ładne wspinanie po świetnie urzeźbionej ściance (V+) – na prowadzenie rusza Ania, jednak po kilkunastu metrach traci czucie w palcach i wycofuje się. Przechodzę ten odcinek i martwię się, że jeżeli za chwilę nie zrobi się cieplej, może być problem z przejściem ostatniego, kluczowego wyciągu (VII- po weryfikacji z VII+). Jedyna dobra informacja jest taka, że ściana jest dziś sucha jak pieprz i co rzadko się zdarza, na drodze nie ma mokrych fragmentów.
Niestety Słońce nie wychodzi zza chmur, a wiatr zmaga się jeszcze bardziej. Próbujemy jednak – przechodzę pierwsze metry, a w trudnościach próbuję łapać czegokolwiek, co utrzymają moje zdrętwiałe z zimna palce, niestety po chwili muszę wziąć blok by je ogrzać. Po kilku minutach czucie wraca i przechodzę trudności – fragment jest bardzo ciekawy i przejść można go na różne sposoby (sporo „porozrzucanych” chwytów i stopni). Po cruxie mamy ostatniego ringa i do stanowiska czeka nas 20-30 metrów terenu III-V na własnej asekuracji (lub bez niej jeżeli sprzętu nie zabraliśmy 😉). Ania idąc na drugiego wiesza chłopakom ekspresy, restuje grzejąc ręce i instruuje Szymona jak najłatwiej przejść kluczowe miejsce, co pomaga koledze w prowadzeniu. Moja partnerka po przejściu drogi stwierdza, że jest w stanie przed-hipotermicznym, mimo to jakimś cudem udaje mi się ją namówić by od razu wbijać w drugą drogę 😊.
Robimy więc dwa zjazdy i przechodzimy na drogę Kajki (VI) – drugi wyciąg Lobby, który już robiliśmy należy bowiem również do tej drogi. Startując z ziemi warto rozważyć prostowanie pierwszym wyciągiem Lewego Wolfa – zamiast dwóch mało ciekawych wyciągów mamy jeden ładny za VI-. Kajka doczekała się w 2017 roku re-ekipacji, w związku z czym wyposażona została w gotowe stanowiska (zjazdówki na stanach 2, 3 i 5) oraz ringi przelotowe (dwa na wyciągu nr 3 i jeden na nr 5) – szczegóły na uzupełnionym przeze mnie foto-topo. My robimy trawers kończący drugi wyciąg i dochodzimy do łańcucha na drugim stanowisku.
Trzeci wyciąg (V+) startuje ładnym zacięciem z którego wchodzimy na płytkę i kontynuujemy nią do przewinięcia przez małą przewieszkę (przy trzecim ringu), po przejściu której docieramy do stanowiska. Następnie do pokonania mamy płytkie zacięcie (V-VI, hak na starcie, później małe friendy), które dziś poprowadzić będę musiał dwa razy (ponownie przy zjazdach gdy przy ściąganiu zaklinuje nam się jedna żyła)... Następnie długi trawers w prawo doprowadza nas do pojedynczego dużego ringa stanowiskowego, skąd mamy świetny widok na prezentującą się mrocznie ściankę wyjściową – po prawej straszy wyciąg za VIII+ z Lewego Wolfa, po środku morze porostów, po lewej pasaż z naszej drogi (VI). Zaczynamy trawersem w lewo (hak), po czym czujnym ruchem dostajemy się do zacięcia (kolejny hak) i ruszamy do góry. Po kilku metrach wpinamy się do ringa, oddychamy głęboko i dochodząc do przewinięcia (stare haki) staramy się nie wypaść z niewygodnych chwytów 😊 Po wyjściu z trudności do pokonania mamy ok. 15-metrową załupę (ok. IV-V), tutaj trzeba zdać się już na własny sprzęt (średnie friendy).
Ściągam Anię na stanowisko i rozpoczynamy zjazdy – wiatr najpierw kręci nami w powietrzu, a następnie porywa ściąganą linę, która blokuje się wysoko nad nami. Wiążę się więc jedną żyłą i wspinam z powrotem do góry – najpierw robionym już zacięciem na czwartym wyciągu, następnie trawersem w lewo, gdzie żadnej drogi nie ma. Po odczepieniu liny zjeżdżam z haka nad zacięciem (został mailon) i kontynuujemy zjazdy. Pod ścianą odkrywam, że coś rozszabrowało mój plecak z jedzenia - zapakowanych fabrycznie ciastek owsianych i batona białkowego, nie czekamy więc na kolegów (którzy kończą właśnie Sprężynę) tylko schodzimy na obiad do Murowańca.