Odio la guerra i Welli, Piccolo Lagazuoi
Główny plan na drugi wspinaczkowy dzień na obozie psują prognozy (od wczesnego popołudnia ma lać), pozostają więc niższe ściany z krótkim podejściem. Tym razem wybieramy drogę, którą poprowadzić ma Ania (z moją ewentualną pomocą jeżeli będzie potrzebna) – Odio la Guerra (6c 190m) na położonym tuż nad Przełęczą Falzarego sektorze Funivia (od biegnącej nad nim kolejki) w masywie Piccolo Lagazuoi. Ponieważ po powrocie pod ścianę okazuje się, że do deszczu zostaje jeszcze trochę czasu, szybko biegniemy przez sąsiednią drogę Welli (6b+ 195m). Obie są piękne, lite i dobrze obite – czysta przyjemność wspinania więc gorąco polecam w tym zakresie trudności i długości!
Mimo wczesnej pory o jakiej stawiamy się pod ścianą, na obu drogach są już zespoły – co ciekawe po chwili zjawiają się dwa kolejne, tym razem z naszego obozu 😉. Podczas gdy z Anią będziemy wspinać się na Odio, obok będą jeszcze Aga z Bartkiem na Martl (trzecia z obitych dróg w tym sektorze o wycenie 6c+) oraz Krzysiek z Kubą na Welli. A sektor dalej Dominik z Justyną na innym okolicznym hicie, Orizzonti di Gloria (6a+).
Prowadzenie zgodnie z planem zaczyna Ania – na początek czeka fajny rozgrzewkowy wyciąg (5c) po dobrych chwytach, z trawersami omijającymi przewieszenie. Drugi (6b) jest już bardziej spionowany i na szarej płycie chwyty i stopnie są mniejsze. Trzeci choć króciutki (15m) oferuje piękną sekwencję pozwalającą sforsować żółty okapik (6a+). Kolejny to ponownie szara płyta (6a) więc partnerka lubiąca ten typ wspinania jest zachwycona.
Z rozpędu Ania próbuje kolejny, kluczowy (6c) odcinek – tutaj jednak po dobrze urzeźbionym początku w trudnościach czeka kilka wymagających ruchów po krawądkach i dziurkach w żółtej, dość wyślizganej skale. Po nieudanej próbie i stwierdzeniu, że ten fragment akurat nie jest zbyt urodziwy, przechodzę go fleszem i po chwili meldujemy się pod ostatnim wyciągiem. Zaczyna się on siłowym przewieszeniem, partnerka nie daję się więc namówić i kontynuuję jako pierwszy – po kilku mocnych ruchach (6b+) wspinanie robi się bardziej techniczne, a wyciąg ewidentnie szuka dobrej skały, stąd też kilka długich trawersów. Ponieważ nie zabraliśmy butów (wygodny powrót szlakiem zajmuje ok. 30 minut) wracamy wzdłuż linii pokonanej drogi – poza drugim zjazdem gdzie korzystamy ze stanowiska z Martl.
Będąc pod ścianą przechodzimy kawałek w prawo (za charakterystyczną turnicę) i zaczynamy wspinanie na Welli. Już pierwszy wyciąg (6a+) potwierdza dlaczego droga ma 5/5 gwiazdek w przewodniku Dolomiten Mehrseillangen (przy okazji - Odio la Guerra ma 4) – wspinanie jest niezwykle estetyczne a szara płyta choć mocno spionowana to pięknie urzeźbiona. Na drugim odcinku (6b) czeka techniczne przewinięcie przez okapik – nietrudne przy trafieniu w dobre chwyty. Trzy kolejne wyciągi w czarnych płytach wycenione na 5c prowadzi Ania – są lite i bardzo przyjemne, na ostatnim z nich po wyjściu z trudności trawersujemy mocno w prawo pod żółtą ściankę.
Skała i charakter wspinania zmieniają się ale nadal jest bardzo ładnie i lito – po kilku metrach po krawądkach przewijamy się przez filarek i łatwo podchodzimy do stanowiska. Ostatni wyciąg nie odbiega urodą od reszty drogi, jest za to od niej wyraźnie trudniejszy – na początek czeka techniczne wspinanie po małych chwytach, a pod koniec wymagająca przewieszona rysa, na OS odczułem ją bardziej na 6c niż 6b+ choć ewidentnie źle się do niej wstawiłem. Po zakończeniu wspinania szybko zbieramy się do zjazdów (choć jak wspomniałem zejście też jest bardzo komfortowe) – czarne chmury niepokojąco szybko przemieszczają się w naszą stronę. Na szczęście ponownie mamy idealny timing – lać zaczyna dokładnie w momencie gdy wsiadamy do auta, a że nie przestaje przez kilka kolejnych godzin cieszymy się z dobrze wykorzystanego okienka.






















